Ciepła bajka dla dzieci o żółwiu Teodorze, który chce pomagać na targu, lecz martwi się, że jest zbyt wolny. Podczas ważnej dostawy odkrywa, że jego spokój i uważność są potrzebne bardziej, niż przypuszczał. To spokojna bajka o akceptowaniu własnego tempa, życzliwości i dostrzeganiu swoich mocnych stron.
Na małym targu przy ulicy Jabłoniowej stał drewniany stragan pani Róży. Pachniało tam koperkiem, świeżymi ogórkami i papierowymi torebkami, które szeleściły przy każdym podmuchu wiatru.
Pomagał tam żółw Teodor. Miał oliwkową skorupę z plamkami jak małe listki i bardzo lubił układać warzywa. Pomidory stawiał w równych rzędach, marchewki wiązał zielonymi wstążeczkami, a jabłka przecierał miękką ściereczką.
– Teodorze, masz oko do porządku – mówiła pani Róża.
Teodor uśmiechał się wtedy cicho i chował głowę odrobinę głębiej w skorupę. Lubił pochwały, ale nie wiedział, co z nimi zrobić.
Pewnego dnia na targ przyszły dzieci ze świetlicy. Miały przygotować koszyki z warzywami dla sąsiadów, którzy nie mogli sami przyjść po zakupy.
– Potrzebujemy kogoś, kto dowiezie koszyki do domów przy fontannie! – zawołała energiczna wiewiórka Lusia, która pomagała pani Róży.
– Ja mogę! – zgłosił się zając Franek.
– Ja też! – zapiszczał wróbel Mietek.
Teodor również chciał pomóc. Bardzo chciał. Tylko że domy przy fontannie były kawałek dalej, a jego nogi nie umiały poruszać się tak szybko jak zające łapy ani skrzydła wróbla.
– Ja… mógłbym wziąć jeden koszyk – powiedział niepewnie.
Lusia spojrzała na niego, potem na jego krótkie łapki.
– Jeden? Teodorze, zanim dojdziesz do fontanny, pomidory zdążą policzyć się same! – zażartowała.
Franek parsknął śmiechem, a Mietek zatrzepotał skrzydłami.
Nie chcieli być niemili. Ale Teodorowi zrobiło się ciasno pod skorupą.
Pani Róża postawiła przed nim niewielki koszyk. Były w nim dwa ogórki, pęczek rzodkiewek, jabłko i słoiczek miodu.
– Nie każdy pomaga w ten sam sposób – powiedziała łagodnie. – Ten koszyk jest ważny i wcale nie musi pędzić.
Teodor ruszył ulicą Jabłoniową. Szedł najstaranniej, jak umiał. Omijał szczeliny między płytami, żeby jabłko nie podskakiwało, a przy każdym zakręcie sprawdzał, czy rzodkiewki nadal leżą grzecznie.
Po chwili minął go Franek z dwoma koszykami.
– Cześć, Teodor! – zawołał. – Już prawie jestem!
Potem przeleciał Mietek z kartką adresów w dziobie.
Teodor został sam na chodniku. Spojrzał na fontannę, która wydawała się bardzo daleko.
„Może Lusia miała rację” – pomyślał. „Może przeszkadzam, bo jestem za wolny”.
Właśnie wtedy wiatr uniósł papierową serwetkę z koszyka. Serwetka zatańczyła nad chodnikiem i zaczepiła się o niski krzaczek.
Teodor podszedł do niej powoli. Pod krzaczkiem zauważył coś jeszcze: małą tabliczkę z napisem „Dom pani Klary”, która odczepiła się od furtki i leżała w trawie.
– Ojej – mruknął. – Gdybym tak pędził, nawet bym jej nie zobaczył.
Podniósł tabliczkę ostrożnie i zaniósł ją do furtki. Właśnie wtedy otworzyła ją starsza pani Klara w kapeluszu ozdobionym stokrotką.
– Szukałam tej tabliczki od rana! – ucieszyła się. – A czy to mój koszyk?
– Tak – odpowiedział Teodor. Tym razem trochę śmielej. – Przyniosłem go powoli, żeby nic się nie potłukło.
Pani Klara zajrzała do środka.
– Wszystko jest idealnie ułożone. Nawet rzodkiewki wyglądają, jakby dostały zaproszenie na herbatę.
Teodor roześmiał się cicho.
Kiedy wrócił na targ, Lusia czekała przy straganie. Wyglądała na zakłopotaną.
– Teodorze, przepraszam za mój żart – powiedziała. – Widziałam, że pani Klara dostała koszyk. I tabliczkę też odnalazłeś.
Teodor nabrał powietrza.
– Nie umiem się spieszyć – powiedział. – Ale umiem uważać.
– To bardzo potrzebna umiejętność – odparła pani Róża.
Od tego dnia Teodor został opiekunem spokojnych dostaw. Nosił małe koszyki, delikatne jajka i słoiczki, które nie lubiły podskakiwać. A Lusia zrobiła dla niego kartonik na stragan z napisem: „Dostawy dokładne jak zegarek. Tylko trochę wolniejszy”.
Teodor postawił kartonik obok marchewek i pomyślał, że brzmi całkiem dobrze.
Morał
Każdy ma własne tempo, a to, co robimy spokojnie i uważnie, także może być bardzo ważne.
