Ciepła bajka dla dzieci o nieśmiałej alpace Lusi, która podejmuje się zanieść koszyk włóczek do wiejskiej świetlicy. Gdy wiatr miesza kłębki, Lusia odkrywa, że prośba o pomoc i dobry plan potrafią zamienić trudne zadanie w spokojną drogę. To opowieść o współpracy, rosnącej pewności siebie i praktycznych pomysłach.
W górskiej wiosce, gdzie dachy były brunatne jak kasztany, a ścieżki wiły się między łąkami, mieszkała alpaka Lusia. Miała wełnę miękką jak obłok i bardzo długą szyję, dzięki której pierwsza zauważała, co dzieje się za płotem.
Lusia lubiła pomagać, lecz robiła to po cichu. Podawała owcom źdźbła mięty, kiedy rosły za wysoko. Odnosiła dzieciom piłki, które wpadały w łopiany. Nigdy jednak nie zgłaszała się do większych zadań.
Pewnego dnia pani Malina, prowadząca mały sklepik na zakręcie drogi, westchnęła przy furtce.
– Och, przydałby mi się ktoś do zaniesienia koszyka z włóczkami do świetlicy. Dzieci czekają na kolory do robienia pomponów.
Koszyk nie był ogromny, ale pełen kłębków: zielonych jak mech, żółtych jak masło i czerwonych jak jarzębina. Droga do świetlicy prowadziła przez mostek, obok studni i pod starą gruszą.
– Ja mogę – powiedziała Lusia tak cicho, że niemal sama się zdziwiła.
Pani Malina uśmiechnęła się.
– Będę wdzięczna. Tylko uważaj, żeby włóczki nie pomyliły się ze sobą.
Lusia zarzuciła koszyk na grzbiet i ruszyła. Początkowo szło jej znakomicie. Mijała kaczki przy strumieniu, ukłoniła się panu Jeżowi, który zamiatał ganek małą miotełką z traw.
Lecz przy mostku zerwał się figlarny wiatr. Wsunął się pod wieczko koszyka i poruszył kłębkami.
Turl, turl! Żółty kłębek potoczył się na jedną stronę, zielony na drugą, a czerwony zatrzymał się tuż przy brzegu ścieżki.
Lusia stanęła jak wryta.
– Och – szepnęła. – Ja chyba nie umiem nosić ważnych rzeczy.
Najchętniej zawróciłaby do pani Maliny i powiedziała, że koszyk był za trudny. Ale wtedy zobaczyła małego koziołka Franka, który siedział przy studni i próbował zapleść sznurek do latawca. Sznurek plątał mu się w kopytkach.
– Czemu masz takie smutne uszy? – zapytał Franek.
Lusia opowiedziała o kłębkach.
Koziołek przyjrzał się koszykowi.
– On nie musi być lżejszy – rzekł po namyśle. – Może po prostu trzeba go lepiej przygotować do drogi.
Przy studni pracowała właśnie pani Koza, która miała kawałek czystej, lnianej wstążki. Pan Jeż przyniósł dwa szerokie liście łopianu, a Franek podał trzy gładkie patyczki.
Razem zrobili w koszyku przegródki: zielone włóczki po lewej, żółte po prawej, czerwone pośrodku. Wstążka mocno przytrzymała wieczko.
– Teraz koszyk wygląda, jakby miał własny porządek – powiedziała Lusia.
– Bo ma – odparł pan Jeż. – A porządek to taki cichy pomocnik. Nie mówi wiele, ale umie nieść ciężar.
Lusia poczuła, że serce robi jej się odrobinę odważniejsze. Ostrożnie przeszła przez mostek. Wiatr jeszcze raz spróbował zajrzeć do koszyka, lecz wieczko nawet nie drgnęło.
W świetlicy dzieci czekały przy wielkim stole. Gdy Lusia postawiła przed nimi włóczki, rozległo się radosne:
– Są wszystkie kolory!
Dziewczynka w zielonej czapce podeszła do alpaki i wręczyła jej mały pompon, miękki i okrągły.
– To dla ciebie. Za dostawę.
Lusia przypięła pompon do swojej wełny, tuż przy uchu. Był czerwony jak jarzębina.
Wracając przez wioskę, nie szła ani szybko, ani wolno. Szła pewnie. I kiedy przy furtce pani Malina zapytała, czy koszyk nie był zbyt ciężki, Lusia odpowiedziała:
– Był w sam raz. Tylko najpierw trzeba było nauczyć go porządku.
Morał
Nie wszystko trzeba umieć od razu. Czasem wystarczy zatrzymać się, poprosić o pomoc i ułożyć sprawy po swojemu.
