Spokojna bajka dla dzieci o kameleonie Leonie, który chce pomóc przygotować szklarnię na wizytę dzieci, lecz boi się popełnić błąd. Dzięki życzliwym towarzyszom odkrywa, że pytanie o pomoc i uważne sprawdzanie są lepsze niż samotne zamartwianie się. To ciepła opowieść o nieśmiałości, współpracy i dostrzeganiu własnych mocnych stron.
W miejskiej szklarni, za furtką z zielonego żelaza, mieszkał kameleon Leon. Miał oczy, które potrafiły patrzeć każde w inną stronę, ogon zwinięty jak listek paproci i wielki talent do zmieniania barw.
Kiedy przechodził obok lawendy, robił się fioletowawy. Przy donicach z pomidorami nabierał czerwieni. A pod szerokim liściem palmy znikał prawie całkiem w zieleni.
— To bardzo praktyczne — mówiła pani Róża, opiekunka szklarni. — Choć czasem trudno cię znaleźć, Leonie.
Leon lubił te słowa, ale trochę się nimi martwił. Bo prawdę mówiąc, nie chciał zawsze znikać. Chciał czasem, żeby ktoś od razu powiedział: „O, jest Leon!”.
Pewnego dnia pani Róża przyniosła plik małych karteczek i ołówek za uchem.
— W sobotę przyjdą dzieci oglądać szklarnię — oznajmiła. — Przydałyby się tabliczki przy roślinach. Takie proste: co rośnie, czego potrzebuje i jak pachnie.
— Ja mogę pomóc! — zawołał Leon, a z radości zrobił się w kropeczki, paski i odrobinę złoty.
Pani Róża podała mu listę.
— Wspaniale. Trzeba tylko rozłożyć tabliczki we właściwych miejscach.
Zadanie nie wydawało się trudne. Leon wziął pierwszą karteczkę: „Mięta — pachnie świeżo i lubi wodę”. Położył ją przy mięcie. Drugą: „Kaktus — potrzebuje mało wody”. Ustawił obok kaktusów.
Lecz potem przeczytał: „Begonia — delikatne kwiaty, nie dotykać płatków”.
Leon rozejrzał się po szklarni. Begonie stały na półce przy oknie, ale obok rosły też pelargonie, a ich listki były tak podobne, że aż zakręciło mu się w głowie. Co gorsza, kiedy się denerwował, jego skóra zaczynała przybierać kolory wszystkiego naraz.
— Może później — szepnął.
Później znalazła się kolejna trudna karteczka. I następna. Leon odkładał je pod glinianą donicę, robiąc z nich coraz większy stosik.
Wtedy z konewką w dziobie przyleciał wróbel Franek, który mieszkał pod szklarniowym dachem.
— Czy ty, Leonie, hodujesz papierowe liście? — zapytał uprzejmie.
— Nie — mruknął kameleon. — Tylko nie wiem, gdzie wszystko położyć. Jeśli się pomylę, dzieci przeczytają o kaktusie przy begonii. A wtedy pomyślą, że kwiaty trzeba podlewać raz na miesiąc.
Franek przechylił głowę.
— To byłaby osobliwa nauka ogrodnictwa.
Leon westchnął tak głęboko, że poruszył się jego zwinięty ogon.
— Właśnie.
Wróbel nie zaśmiał się ani odrobinkę.
— W takim razie nie musisz zgadywać. Chodźmy sprawdzać rośliny po kolei. Pani Róża mówi, że dobra droga nie zawsze biegnie prosto. Czasem prowadzi od jednej donicy do drugiej.
Poszli więc. Przy begonii Leon zauważył miękkie, nierówne listki. Przy pelargonii poczuł korzenny zapach. Przy rozmarynie Franek kichnął trzy razy, co okazało się bardzo pomocną wskazówką.
— A ta tabliczka? — pytał Leon.
— Sprawdźmy — odpowiadał Franek.
Wkrótce dołączyła ślimaczka Hela, która znała wszystkie najniższe półki, oraz mała dziewczynka Ola, córka pani Róży. Ola umiała czytać wyraźnie i wolno. Leon pokazywał rośliny, a ona odczytywała karteczki.
W pewnej chwili została już tylko jedna tabliczka: „Sadzonki — rosną powoli, prosimy o cierpliwość”. Trzeba było postawić ją przy maleńkich pędach w skrzynce. Leon wiedział, gdzie są, ale skrzynka stała tuż przy ścianie porośniętej zielenią. Kiedy podszedł, sam zrobił się tak zielony, że Ola go nie zauważyła.
— Leonie? — zawołała łagodnie. — Jesteś tu?
Kameleon poczuł, że mógłby znów schować się wśród liści. Ale tym razem nie chciał.
— Jestem — odpowiedział cicho.
I spróbował przybrać swój własny kolor: ciepły turkus z drobnymi bursztynowymi plamkami.
— O, jesteś! — ucieszyła się Ola. — Jaki piękny.
Leon postawił ostatnią tabliczkę starannie, prosto jak mały drogowskaz. Potem spojrzał na szklarnię pełną nazw, zapachów i zielonych ścieżek.
— Dziękuję, że nie pozwoliliście mi odłożyć wszystkiego na później — powiedział.
— A my dziękujemy, że zauważyłeś tyle szczegółów — odparła Hela. — Nie każdy potrafi patrzeć tak uważnie.
Od tej pory Leon pomagał w szklarni przy ważnych drobnych sprawach. Czasem wtapia się w liście, bo to przecież umiał najlepiej. A czasem wybierał turkus z bursztynem, żeby przyjaciele od razu wiedzieli, gdzie go szukać.
Morał
Nie trzeba wiedzieć wszystkiego od razu. Gdy pytamy, sprawdzamy i działamy razem, nawet małe kroki prowadzą w dobrą stronę.
