Ciepła bajka dla dzieci o kameleonie Kapim, który jest pewien, że potrafi rozwiązać każdą zagadkę związaną z kolorami. Gdy niezwykła szkatułka nie chce się otworzyć, bohater odkrywa, że warto uważnie patrzeć, cierpliwie próbować i dostrzegać, co każdy element natury wnosi od siebie. To obrazowa opowieść o pokorze, współdziałaniu i małych odkryciach.
W szklanej oranżerii pani Marii mieszkał mały kameleon Kapi. Miał oczy, które potrafiły patrzeć w dwie strony naraz, łapki lekkie jak listki i ogon zwinięty w sprężynkę.
Najbardziej lubił zmieniać kolory.
Na liściu paproci stawał się zielony jak groszek. Przy doniczce z gliną przybierał barwę cynamonu. A gdy wspinał się po niebieskiej konewce, wyglądał jak maleńka kropla nieba.
— Kapi, ty jesteś prawdziwym malarzem! — mówiła pani Maria, podlewając kwiaty cienkim strumieniem wody.
Kapi był z tego bardzo dumny. Trochę nawet za bardzo.
Pewnego dnia do oranżerii przyszła dziewczynka Lena. Przyniosła ze sobą drewnianą szkatułkę, którą znalazła na strychu u dziadka. Na wieczku były namalowane cztery kwadraty: żółty, czerwony, zielony i błękitny.
— Dziadek powiedział, że ta szkatułka otwiera się tylko wtedy, gdy znajdą się dla niej cztery żywe kolory, które przyjdą ze swoich własnych miejsc — wyjaśniła Lena. — Ale nie wiem, co to znaczy.
Kapi wychylił głowę zza liścia monstery.
Żywe kolory? To brzmiało jak zadanie stworzone właśnie dla niego.
— Ja umiem wszystkie! — zawołał szybko. — Zaraz ją otworzę.
Wskoczył na żółty kwadrat i zrobił się żółty jak płatki nagietka. Potem przesunął łapkę na czerwony i zmienił barwę na malinową. Zielony był łatwy. Błękitny też.
Lecz szkatułka ani drgnęła.
— Hm — mruknęła Lena.
Kapi spróbował jeszcze raz, tym razem szybciej. Żółty, czerwony, zielony, błękitny. Jego skóra mieniła się tak prędko, że wyglądał jak mała wirująca farbka.
Szkatułka pozostała zamknięta.
Kapi schował się pod szerokim liściem alokazji. Było mu przykro. Dotąd sądził, że jeśli coś dotyczy kolorów, na pewno umie to najlepiej.
Wtedy przyleciała do oranżerii motylica Frania, która mieszkała przy krzaku lawendy.
— Czemu twój ogon jest taki smutno zwinięty? — zapytała łagodnie.
Lena pokazała jej szkatułkę.
Frania usiadła na żółtym kwadracie. Jej skrzydła były jasne, ale nie całkiem żółte. Miały kolor masła, piasku i promyka słońca naraz.
Klik.
Ze szkatułki dobiegł cichutki dźwięk.
— O! — szepnęła Lena.
Przy czerwonym kwadracie zatrzymała się biedronka z siedmioma kropkami.
Klik.
Zielonego kwadratu dotknął świeży listek mięty, który pani Maria ostrożnie położyła na wieczku.
Klik.
Został błękitny.
W oranżerii nie było ani jednego błękitnego kwiatka. Kapi zerknął na konewkę, ale pamiętał już, że szkatułka nie szukała popisu ani naśladowania.
— Może błękit ma swoje miejsce gdzieś poza oranżerią — powiedziała Lena.
Kapi długo patrzył przez wysokie szyby. Za nimi niebo było jasne i szerokie. W jednej z szyb odbijał się mały kawałek błękitu, drżący jak woda.
Kameleon ostrożnie podszedł do okna i spojrzał na Lenę.
— Przesuń szkatułkę bliżej szyby — poprosił.
Lena postawiła ją na parapecie. Wtedy odbicie nieba przesunęło się po wieczku i zatrzymało na błękitnym kwadracie.
Klik.
Szkatułka otworzyła się.
W środku leżały cztery małe koperty. W każdej było jedno nasionko oraz karteczka. Na pierwszej napisano: „Dla słońca”. Na drugiej: „Dla odwagi”. Na trzeciej: „Dla cierpliwości”. A na czwartej: „Dla marzeń”.
Pani Maria uśmiechnęła się i przygotowała cztery doniczki.
Kapi pomagał, jak umiał najlepiej: pilnował, by ziemia była miękka, a nasionka miały dość miejsca. Nie spieszył się już z kolorami. Zauważył, że każdy z nich jest piękny nie dlatego, że można go pokazać, lecz dlatego, że opowiada własną małą historię.
A gdy Lena wychodziła z oranżerii, Kapi miał barwę młodego listka i na ogonie maleńką, błękitną plamkę — jak pamiątkę po niebie.
Morał
Nie trzeba umieć wszystkiego samemu, żeby odkryć coś ważnego. Czasem rozwiązanie pojawia się wtedy, gdy uważnie patrzymy i doceniamy to, co wnosi każdy z nas.
